niedziela, 27 grudnia 2009

Przyjaciele

"Pański stan nie jest taki jaki przewidywaliśmy, wyniki nie rokują najlepiej (...) mam złą wiadomość, zostało panu/pani około pół roku życia".

Takie słowa słyszą setki, jak nie tysiące ludzi dziennie. Stają przed wyborem jak przeżyć ostatnie 180 dni swojego żywota. Są dwie opcje:

"Szaleję i wydaje wszystkie pieniądze, a co kurwa?! Nie można sobie zaszaleć? W końcu raz się żyje, z resztą nie wiele czasu mi zostało, wylecę na Ibizę będę uprawiał przygodny seks z murzynkami, może znajdę sobie chłopaka, a pucybuci będą jedli mi z rąk".

"Kurde, może warto się poprawić zostało mi tylko pół roku, to tylko 180 dni. Spotkam się z przyjaciółmi, załatwię moje wszystkie sprawy, pogodzę się z bliźnimi i z własną duszą. Potem, nie naruszając już mojego jestestwa zamknę się w pustelni i odejdę w nadziei, że znajdę się w lepszym Świecie".

W tym momencie wielu z tysięcy staje przed trudnym wyborem.
Z etycznego i religijnego punktu widzenia, to drugie wyjście zdaje się być odpowiednie. Kończymy nasze wszystkie sprawy, aby odejść w spokoju, mieć to czyste sumienie, będąc gotowym na życie wieczne.

Jednak nie jest tak łatwo, bo w tym momencie włącza się racjonalne myślenie, bo kto mi da pewność, że Bóg istnieje? Że po śmierci nie nastanie nieskończona egzystencja, a tylko ciemność i nicość, że po tych 180 dniach zostanie przerwana jakaś cienka nić, której nie da się już związać, ani przedłużyć.

Wyjeżdżamy więc na rajską Ibizę, gwałcimy wszystko, co się rusza, pijemy najdroższe drinki, a z rąk jedzą nam najbardziej luksusowe prostytutki, jakie tylko można sobie wymarzyć...

Umieramy w samotności, zostało po nas tylko dziesięć dolarów, które włożyliśmy do stanika tancerce go-go.

A Najbliżsi i PRZYJACIELE zapomnieli kim byliśmy i jak się nazywaliśmy

16 komentarzy:

  1. Ale czy ten dylemat nie powinien nam towarzyszyć przez całe życie? W każdej jego chwili? No bo dlaczego dopiero jak ktoś nam wyznaczy datę śmierci, to uświadamiamy sobie, że nas ona nieuchronnie spotka?

    Wydaje mi się, że problem leży w zupełnie innym miejscu (we wpisie na jego końcu). Obojętne jak żyjemy (ruchając czy celibatując), kiedy umrzemy (za pół roku, czy w wieku 90 lat), każdemu z Nas zależy na dwóch rzeczach: sensie życia i pozostawieniu cząstki siebie.

    Życie, które przejdziesz obojętnie jak (w biedzie lub bogactwie itd.), ale bez sensu, będzie tak samo cierpkie. I tylko Horacjańskie: "exegi monumentum aere perennius" daje Nam gwarancję, że coś z Nas samych będzie żyło. Bo Bóg to wiara. Założenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. tabákový výrobek29 grudnia 2009 20:25

    Chyba przyjaciele nie zapominają nigdy?

    OdpowiedzUsuń
  3. Z Twojej wypowiedzi Vyrobku, wnioskuję, że nie zrozumiałeś mojego wpisu, cały ten tekst jest tylko swoistym wstępem do ostatniego zdania, które jest w tym wpisie najważniejsze.

    Pisząc o tym, że przyjaciele o nas zapomną, miałem na myśli obraz tego jak zapamiętujemy osobę zmarłą. Z doświadczenia wiem, że gdy ktoś odejdzie, pamiętamy jak on wyglądał przez ostatnie kilka miesięcy, a nie lat, gdy nam się śni, to nie śnimy o człowieku pełnym wigoru, tylko zmęczonym i strapionym chorobą cieniu człowieka.

    Kończąc, jednocześnie nawiązując do Tura, nie odkrywając Ameryki dodam, że tylko od nas zależy jaki pozostawimy pomnik.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sądzisz, że w pamięci naszych bliskich zostaje obraz nas z ostatnich chwil?
    Nie zgadzam się, pomnik budujemy całe życie (reszta zależy od wspominającego), albo nie budujemy wcale bo nie czujemy takiej potrzeby. Jak i czy będą o nas myśleć po śmierci, pozostawienie cząstki siebie? Jakie to ma w ogóle znaczenie i dla żywych i dla martwych?
    Pytanie luźne do wersji drugiej: naprawdę chciałbyś żyć wiecznie?
    PS te opcje się nie wykluczają ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale ilu z nas tak na prawdę myśli o śmierci, swojej śmierci na co dzień? O tym, że za x lat/miesięcy/tygodni/dni/godzin już nas nie będzie? Widzi swoje życie przez, za przeproszeniem, pryzmat własnego zgonu? Jaki to miałoby w ogóle sens? Bylibyśmy lepsi? A może najzwyczajniej w świecie byśmy zwariowali? Wszyscy rodzimy się, żyjemy i prędzej, czy
    później umieramy, skończymy tak samo, bez względu, czy nasze życie miało jakiś sens, czy nie- 2 metry pod ziemią w drewnianej skrzyni, ważne jest to co dzieje się PRZED. Możemy żyć z godnością, nie możemy z nią umrzeć. I dlatego powinniśmy się starać, bez względu na to, czy Bóg istnieje, czy nie, być po prostu dobrymi ludźmi. A sens życia? Jakie znaczenie i sens ma nasze/moje życie dla ponad 6 mld ludzi? Żadnego.Jest tylko kilka osób dla których nasze życie znaczy cokolwiek, a przynajmniej mam taką nadzieję...
    A na nasz prywatny, odczuwalny sens nie ma jednoznacznej odpowiedzi, na to czym on jest i czy w ogóle jakiś istnieje składa się wiele czynników, dla niektórych bd nim praca, rodzina, zapędy utylitarne czy hedonistyczne. Tym sensem może być wszystko, ale czy na globalnym forum ma to jakiekolwiek znaczenie? No nie oszukujmy się, nie ma. Oczywiście są jednostki wybitne, których życie odcisnęło piętno na przestrzeni wieków. Ale to nie jest istotne, ważne jest to żebyśmy czuli się dobrze z naszym "sensem", walczyli o niego,czymkolwiek by on nie był, szukali, jeśli oczywiście czujemy potrzebę posiadania takowego. Ale uważam, że powinniśmy najzwyczajniej w świecie starać się być szczęśliwymi ludźmi, nawet bez tego całego sensu. Może faktycznie mistrzowie Zen mają rację, może szukanie sensu życia jest bez sensu?

    A jeśli chodzi o wspomniany "pomnik", tak na dobrą sprawę co nam tak na prawdę z tego przyjdzie? Nic. Nam to bd już chyba wszystko jedno, nasza śmierć będzie naszym końcem świata. To co po nas zostanie, czy to rzeczy materialne, czy sentymenty z biegiem czasu się rozmyją i stracą swą pierwotną formę.
    Przyjaciele, rodzina będą pamiętać, przez pierwsze tygodnie, może nawet miesiące jeszcze wyraźnie nasze sylwetki, gesty, słowa...Ale przecież nie można żyć jedynie wspomnieniami, obrazkami z przeszłości, świat kręci się dalej, a to, że nas nie ma już na deskach tego teatru dla ogółu nie znaczy nic. Najbliżsi w mniejszym lub większym stopniu przeżyją naszą śmierć, może nawet będzie im nas brakowało.
    Większość z nas ma życiu kilka osób bez których nie wyobraża sobie swojej egzystencji. Mam na prawdę ogromne szczęście, bo mam takie osoby, przyjaciół, czasem myślę, że na prawdę nie wiem co bym zrobiła gdyby ich zabrakło. Ludzie są najważniejsi, jeśli tego nam brakuje tak na prawdę nie mamy nic, zero, null.
    Ale nie oszukujmy się nikt nie będzie po nas płakał przez 1234 lat 24/godziny na dobę. Przeboleją, popłaczą i będą żyć dalej, może nie tak jak dawniej, może to coś zmieni w ich życiu, ale będą tu nadal. I bardzo dobrze!
    Nie chodzi o to żeby zapominać, kasować wspomnienia, ale nie żyć jedynie tym co minęło, to będzie miało na nas jedynie destrukcyjny wpływ. A założę się, że nie ma osoby która by chciała żeby z jej powodu osoby, na których nam zależy, nasi przyjaciele, osoby które najzwyczajniej w świecie kochamy nosiły po nas żałobę bo wsze czasy. Po co?

    Jeśli jutro wpadnę pod autobus to mam do Was jedną jedyną prośbę, nie płaczcie po mnie. Cieszcie się życiem, korzystajcie póki możecie, bądźcie szczęśliwi.

    Cmentarz jest pełen ludzi niezastąpionych.

    OdpowiedzUsuń
  6. ...ale generalnie chodzi o to żebyśmy siedząc na swoich starych, pomarszczonych tyłkach nie żałowali tego co zrobiliśmy ze swoim życiem.

    OdpowiedzUsuń
  7. tabákový výrobek3 stycznia 2010 21:19

    Chyba muszę przestać używać skrótów myślowych, bo się nie zrozumieliśmy.
    Nawiązując do komentarza autora bloga. Nie spotkała mnie jeszcze w życiu taka sytuacja, żeby ktoś bardzo mi bliski, ktoś kogo bardzo dobrze znam, umarł. Dlatego ciężko mi powiedzieć czy wtedy pamięta się tylko te ostatnie miesiące. Jeśli mam mówić czysto hipotetycznie to jednak uważam, że pamięta się wszystko. Tutaj muszę zgodzić się z gochną.

    OdpowiedzUsuń
  8. Uważam, że najbliższe nam osoby nigdy o nas nie zapomną. Będą mieli w swoich wspomnieniach nie tylko obraz naszego stanu tuż przed śmiercią, ale także te chwile, w których byliśmy szczęśliwi, pełni energii, czasem zakłopotani. Można by tak wymieniać dalej. To jak przeżyjemy właśne życie zależy od nas i tylko od nas. Możemy je zmarnować, albo w pełni wykorzystać dana nam szansę. Każdy pracuje na swój pomnik i nikt i nic tego nie zmienią.

    Dylemat tego jak powinniśmy spędzić nasze życie powinien towarzyszyć zawsze i wszędzie. Nigdy nie wiadomo kiedy nasze życie się skończy. Może to być jutro, może być za rok czy za 50 lat.

    Mam tylko nadzieję, że przyjaciele okażą się prawdziwymi przyjaciółmi i nigdy o nas nie zapomną i wybaczą nam wszystkie nasze występki.

    OdpowiedzUsuń
  9. tabákový výrobek4 stycznia 2010 20:01

    Tylko co oznacza zmarnować życie?

    OdpowiedzUsuń
  10. jestescie do dupy. nie piszcie tu wiecej bo was powyżynam. co do jednego.

    OdpowiedzUsuń
  11. Adwokat Diabła7 stycznia 2010 22:16

    art. 190 KK § 1. stanowi: "Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę osoby najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2."

    OdpowiedzUsuń
  12. adwokacie diabla:
    to co napisalem wczesniej bylo zartem d; trudno bylo by mi powyzynac osoby wirtualne d;

    OdpowiedzUsuń
  13. tabákový výrobek8 stycznia 2010 20:28

    Czad, ale kim jesteś?

    OdpowiedzUsuń
  14. Piotr B. pisze
    Cóż za poważne przemyślenia? Ale skoro takie się pojawiły to wrzucę też swoje 5 groszy (nawiasem mówiąc 1-wszy raz na tym blogu).
    Też się kiedyś zastanawiałem co by było gdyby ktoś mi powiedział, że mam określoną ilość dni do końca życia. Na pewno opcja, używania życia, picia dobrych alkocholi, seksu i hedonizmu jest w jakiś sposób pociągająca. Jednak nie wybrał bym tej drogi.
    Ja też lubię imprezy, alkohol itp. Ale ostatnio zastanawiam się czy o to w życiu chodzi. Czy chodzi o to, aby kończąc jedną imprezę już pocieszać się tym że za tydzień będzie następna? Czy może rzucić pracę, studia i zacząć wreszcie tak choćby przez pół roku odpoczywać, bawić się i używać?
    Jednak to nasze życie tak szybko przemija. Przecież jak już ktoś zauważył każdy dzień może okazać się tym ostatnim. A czy będą o nas pamiętać? Tak. Po stypie będą musieli jednak na nowo układać swoje życie co nie znaczy że o nas zapomną. Ale i tak na tym świecie powoli odejdziemy w zapomnienie. Grób wykupuje się na 20 lat potem trzeba przedłużyć lub chowają na tobie kogoś innego. Więc nawet grób nie zostanie.
    A propo przemijania to jeszcze takie bardzo osobiste i smutne doświadczenie z życia. Samo życie. Utkwił mi w pamięci dzień śmierci mojego dziadka. Dziadek umarł koło godz. 14.00. Po śmierci babcia odpaliła gromnicę, modliła się, płakała (50 lat przeżyli razem) no i zadzwoniła do nas, że właśnie umarł. Wsiedliśmy szybko w auto i przyjechaliśmy. Trzeba było jeszcze tego wieczoru załatwić trumnę, powiadomić księdza itp. Siedzieliśmy chwilę razem. Pamiętam że wziąłem nuż i zacząłem zdrapywać wosk z gromnicy, który oblał taboret. Dziadek leżał na swoim łóżku. Później rodzice z babcią pojechali kupić trumnę. Ja zostałem przy zmarłym dziadku, została też moja 90-letnia prababcia która przygotowywała coś w kuchni. Ja siedziałem w pokoju przy dziadku i miałem czas na przemyślenia. Potem wszyscy wrócili. Trumna była kupiona. Znieśliśmy ciało w kocu. To był jakby przełomowy moment. Znosiliśmy Go po schodach. Wynieśliśmy dziadka z domu w którym mieszkał z babcią przez 50 lat. Przemijanie, przemijanie. Powiało depresją ale to samo życie, nie filozofia, nie książki lecz życie.
    Turo kiedyś zapytał mnie jaki fragment z Biblii przemawia do mnie najbardziej. Odpowiedziałem mu i zacytowałem: Jezus rzekł: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? (J 11, 25–26). To właśnie wiara daje mi inne spojrzenie na przemijanie. Dla mnie wiara nie jest jakimś założeniem, filozofią czy sposobem na życie. Ja po prostu chcę zaufać Wspaniałemu Gościowi - Jezusowi, który przyszedł na ziemię w określonym czasie i miejscu w historii po to by nam się objawić. I przy tym wszystkim nie uważam się ani za dewota ani dziwaka, fideistę czy fundamentalistę. I proszę mnie tak nie traktować. Uważam, że jeżeli ktoś naprawdę chce- to znajdzie solidne i racjonalne podstawy dla swoje wiary tak aby nie była ona założeniem ale żywą relacją i więzią człowieka z Bogiem. Ale to już temat aby pogadać w realu.
    PS. Sam się dziwię, że tak dużo napisałem o sobie bo nie mam zwyczaju mówić o swych osobistych przeżyciach. No ale jak widać chyba temat był godny tego. Pozdro :)

    OdpowiedzUsuń