Kraków 23 stycznia 2010.
„Znowu wstałem skacowany, jak dziki bawół po kopulacji. Nie wiem, co ta kobieta robi w moim łóżku, ale pewnie zaraz, jak wstanie nie będzie pamiętała, co się wczoraj stało, a seks był nieziemski... Jak ona ma na imię? Czy to ważne? Nie pierwsza i nie ostatnia. O! Wstała, pewnie zaraz się ubierze i wyjdzie.........
Tak właśnie zrobiła, tylko zostawiła swój numer. Ciekawe po co? Może szuka sponsora... Zły adres.
I tak już trzeci rok, tydzień w tydzień, od kiedy zostawiła mnie moja narzeczona, od imprezy, do imprezy, co tydzień inna partnerka... Ja, członek zarządu jednej z największych korporacji w Małopolsce. Już dawno obiecałem sobie, że zostawię to wszystko, ale ciężko mi już teraz żyć bez tego całego weekendowego zamieszania. Mam to co chcę... Duży dom z basenem, Mercedesa C63AMG, zegarek z nowej kolekcji Swatcha. Cóż mi jeszcze do szczęścia potrzeba?
Właśnie... Sam nie wiem. To wszystko, co mam to tylko chwilę radości, wydaje mi się, że jestem szczęśliwy, gdy podrywam przy barze seksowną dwudziestkę, aby potem ją stuknąć w domu, gdy mogę rano na kacu, niczym największy mafioso wypić whisky patrząc na swoją byłą partnerkę, jak na dziwkę. Jednak potem okazuje się, że szczęście jest ulotne, a moje chyba wyjątkowo, wracam do codzienności, w której jestem zimnym pracownikiem ogromnej firmy, odpowiadającym za zwalnianie, bądź rekrutowanie ludzi do pracy. Wracam do domu z reguły koło 18, pierdolone korki... 4 kilometry w godzinę. Czasem otworzę się i pogadam z telewizorem sącząc moje ulubione piwo pszeniczne. Przelecę nowy numer Playboya i idę spać, czekając na „zbawienny piątek”.
Chyba nam się coś pojebało w tych czasach. Hierarchia wartości odwróciła się kompletnie do góry nogami. Piszę NAM, bo chyba nie jestem jedyną osobą, która zauważa wspólny problem. Zapomnieliśmy gdzie leży kwintesencja naszego życia, szczęście. Coś czego zaczyna nam coraz bardziej brakować, brakuje ludzi szczęśliwych, gdyż większości się tylko wydaje, że tacy są. W dzisiejszym materialnym świecie za dużo się martwimy, szukając sobie coraz to nowszych problemów. Czasem nie zauważamy, że sami kładziemy sobie kłody pod nogi. Warto wspomnieć w tym momencie o polskiej tradycji martyrologicznej. Nie wiem skąd u nas ta cecha, ale lubimy być uciśnieni, żeby potem chwalić się jak jest nam do dupy, szukamy dróg dookoła, zamiast iść prosto. Zajmijmy się więc szukaniem szczęścia a nie uciśnień, myślę, że trzeba zacząć czerpać radość z prostych rzeczy...
Kurde, ale wywód, chyba zacznę więcej pić... Może kogoś sobie na stałe znajdę...
Idę szukać.”
Adam O.
